poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Fioletowe goździki.

Witajcie :)
Z góry przepraszam was, że mało mnie na blogu i innych mediach, ale matura zbliża się wielkimi krokami, więc siłą rzeczy poświęcam się powtórkom. Poza tym paluszek się już zagoił, ale czekam jeszcze, bo jest strasznie wrażliwy. Jednak na szczęście jest już bliżej niż dalej do odzyskania pełnej sprawności. Obiecuję, że w połowie maja pojawię się na blogu i będę działać pełną parą ;) Najważniejsze żeby jakoś dotrwać do 12 maja, bo piszę wtedy podstawę i rozszerzenie z niemieckiego, potem zostają mi tylko ustne, więc do tego i tak ciężko będzie się jakoś przygotować poza nastawieniem psychicznym. 

Dzisiejsze mani wykonałam dwa dni po kontuzji palca. Bolało mnie jak nie wiem, ale chciałam wykonać je na konkurs. Niestety nie udało mi się nic zająć, już drugi raz firma nagrodziła prace niezgodne z regulaminem lub (nikogo nie obrażając) po prostu bez polotu ale za to lakierami z najnowszej serii. Chyba więcej nie zdecyduję się na wzięcie udziału w konkursie tej firmy, bo to po prostu strata czasu. 
Nie zrozumcie mnie źle, bo nie uważam, że moja praca jest najlepsza i należy mi się zwycięstwo, absolutnie, widzę swoje błędy. Ale oprócz mojej były inne prace o wiele lepsze niż zwycięskie. Osobiście jestem bardzo krytyczna wobec swoich prac i zdecydowanie brakuje mi pewności siebie, więc nie piszę tego, bo jestem roszczeniowa, ale po prostu nie podoba mi się polityka firmy.



Co do samego mani, to muszę kupić inną biel, bo ta jest najgorszą jaką miałam. Kiedyś lubiłam biel Lovely, a że firmy są bliźniacze (kolory lakierów często są identyczne), to myślałam, że to ten sam produkt. Pracuje się z nią tragicznie. Tępa jak kreda, teoretycznie powinna być mocno napigmentowana, bo aż widać proszek w buteleczce, ale 3 warstwy to minimum. Do tego schnie długo, zalewa skórki i nie chce się domyć (dlatego są takie suche). Jak lubię Wibo, tak ten lakier to dno i kilometr mułu. Fioletowy jest znacznie lepszy, choć nie przepadam za lakierami zapachowymi, bo są duszące, to ten jest znośny. Daje lekko żelowy efekt, niestety dość szybko wyciera się na końcówkach - u mnie drugi dzień od malowania.
Nie pamiętam dokładnie jakimi lakierami wypełniłam stemplowe goździki, ale pochodzą one z płytki B. 02 flower power i czarny lakier do stempli to klasycznie BLP01 B. a Dark Knight - mój ukochany <3 Dodałam dwa opalizujące ćwieki żeby nie było smutno.


Suche skórki wyglądają masakrycznie, ale uwierzcie, że ten lakier tak się wżarł, że myślałam, że się go nie pozbędę. A nie miałam już siły. Jestem z siebie dumna. Nie z mani, a z siebie. Pomimo bólu (no dobra, przytłumionego ketonalem) wykonałam całkiem znośne mani. Czasem człowiek potrzebuje zajęcia, żeby zapomnieć o bólu, a cóż jest lepszego od pasji? ;) 

Mam nadzieję, że moje goździki choć troszkę wam się spodobają :) Mam nadzieję, że poczekacie aż wrócę, bo chyba kolejny post napiszę dla was już po wszystkim. Wracam do lektur romantyzmu, a was pozdrawiam serdecznie :)


sobota, 9 kwietnia 2016

Sophin Gellac 631.

Witajcie :)
Dziś pokażę wam w całej okazałości lakier, który widziałyście przy okazji różanego gradientu - kolejny Sophin Gellac w mojej kolekcji, tym razem wybrałam koral o numerze 631. 
Miałam nadzieję, że będzie bardziej koralowy, ale w zależności od światła może się wydawać nawet neonowym różem, z czego się nie cieszę, ale na moich zdjęciach wygląda totalnie koralowo. Trudny kolor do sfotografowania. Jednak sądzę, że latem będzie idealnie pasował do opalonej skóry i już nie mogę się doczekać efektu na moich stópkach ;)


Sophin nr 631 pochodzi z serii Gellac, która ma imitować lakiery żelowe. Można stosować go bez bazy, ale ja zawsze wolę dać warstwę odżywki pod spód. Kolejnym krokiem jest specjalny top UV, choć nazwa tutaj jest myląca, bo utwardza się bez lampy. Jest on moim osobistym ulubieńcem i świetnie sprawdza się przy innych lakierach, bo wysusza je w kilka sekund, nadaje szklany połysk, przedłuża trwałość manicure aż do tygodnia, a dodatkowo nie rozmazuje stempli i innych wzorów, co jest dla mnie bardzo ważne. Wracając do samego lakieru, to w zasadzie świetnie spisuje się także bez topu, bo sam w sobie pięknie lśni i szybko wysycha, gorzej z trwałością, bo końcówki mogą się szybko wycierać.



Jeej, kolejny post, w którym widać mojego palca jeszcze przed ucięciem opuszka. Nie wiem ile mam ich jeszcze w zanadrzu, ale okazuje się, że robię zdjęcia tylko mojej prawej ręce, co jest trochę dziwne, biorąc pod uwagę, że jestem praworęczna. Paluszkowy update: goi się, choć na razie wyglądem przypomina trójkąt prostokątny (ach ta matura, matematyczne skojarzenia...).

Ale żeby nie było nudno, to postanowiłam zmalować zdobienie z udziałem Sophina 361 i jego braciszka z tej samej paczki - Sophin 355, bo obydwa kolory jakoś taki spasowały mi do siebie. Wyszło troszkę tropikalnie. Mam ochotę powtórzyć to połączenie w jakimś gradiencie lub ze stemplami ;)


Zdobienie bardzo proste, ale fajnie mi się je nosiło, zwłaszcza że było wtedy ponuro i deszczowo, a wesołe kolory i glitter w kształcie groszków poprawiały mi humor przy każdym spojrzeniu na paznokcie ;) Poza tym ostatnio mam czas tylko na poste zdobienia. Ale jeszcze tylko troszkę ponad miesiąc ;)

Dziękuję serdecznie pani Rusłanie za możliwość testowania lakierów Sophin. Polecam je każdemu, bo są na prawdę genialne, fakt, że dostałam je w ramach współpracy nie ma na to żadnego wpływu.


Mam do was małe ogłoszenie, a w zasadzie pytanie. Wybieracie się na targi do Krakowa? Ja mam zamiar pojawić się tam z rana w sobotę, może się spotkamy? ;)


wtorek, 5 kwietnia 2016

Powiew wiosny.

Witajcie :) 
Dziś przychodzę do was z kolejnym wiosennym gradientem. Co prawda nosiłam go na początku października, ale cii ;) Kolorystycznie jak najbardziej pasuje do wiosny.
Paluszkowy update: Na razie się w miarę dobrze goi, mam ogromniastego strupa i paznokieć już odrósł, ale martwi mnie rozmiar przyszłej blizny, bo rozeszły mi się szwy i dziura jest dość duża. Co prawda jestem praworęczna, ale swatche i niektóre zdobienia zdecydowanie lepiej prezentowały się właśnie na mojej prawej dłoni, a teraz nie wiem czy jeszcze kiedykolwiek pokażę ją na blogu :(

No ale nie będę płakać, stało się i się nie odstanie. Wolę cieszyć się piękną pogodą, w końcu temperatura podskoczyła powyżej 20 stopni! Dlatego postanowiłam opublikować to zdobienie właśnie dziś.


Żeby było śmieszniej, to pamiętam, że zrobiłam sobie to zdobienie, gdy byłam uziemiona z powodu zapalenia powiek. Powiedzcie mi że nie jestem ofiarą losu :D Ale przynajmniej mam dystans do siebie i mam się z czego pośmiać :D


Właśnie z powodu spuchniętych i bolących powiek powstało mani właśnie w tej postaci. Miały być stemple i cuda wianki, ale po gradiencie nie miałam już na nic ochoty i tylko maznęłam wszystko brokatowym topem. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, osobiście byłam zachwycona tym mani <3


Żółty lakier, którego użyłam dostałam kilka dni wcześniej od mojej przyjaciółki. Stwierdziła, że ona takim lakierem nie umie się obsługiwać, glut, ciągnie się i ogólnie samo zło. Od razu jej nie uwierzyłam i miałam rację, bo lakier jest świetny, tylko po prostu do żelowej formuły trzeba wprawy ;) żółtek ma numer 38 love is in the air i jeśli lubicie lakiery Essence jak ja, to polecam :) ma na prawdę piękny odcień ;)


Do wykonania gradientu użyłam niebieskiego Rimmela z serii 60 second o numerze 855 too cool to tango, a ten piękny top Life z Super Pharm ma numer 14 i jest świetny. Wiadomo, jak to brokat, zmywa się okropnie, ale jest ciekawym dodatkiem i jak dla mnie jest bardzo fajny, gdy nasze paznokcie nie są już najładniejsze, a chcemy je jeszcze troszkę ponosić ;) osobiście to moja czwarta buteleczka topu z tej firmy, mam jeszcze czarno-czerwony, czarno-biało-pomarańczowy i czarno-żółty, ale ten błękitno-żółty lubię najbardziej ;)

Mam nadzieję, że to mani spodoba wam się tak bardzo jak mnie. Nie bójcie się prostoty, osobiście bardzo chętnie na nią stawiam, gdy nie mam pojęcia co zrobić z paznokciami i w 99% dobrze na tym wychodzę ;)







sobota, 2 kwietnia 2016

Różany gradient z lakierami Sophin Gellac.

Witajcie :)
Dziś pokażę wam zdobienie, do którego wykorzystałam wszystkie Sophiny z serii Gellac, które mam w swojej kolekcji - nr 636, 631 i 629. Postanowiłam zmieszać je w formie gradientu, z racji, że wszystkie 3 idealnie do siebie pasują.


Ogólnie to jestem bardzo zadowolona z tej serii. Jeśli nie mam czasu na bardziej wymagające mani, to wystarczy, że pomaluję paznokcie jednym z wyżej wymienionych lakierów i po dołożeniu topu cieszę się nienagannym mani przez kilka dobrych dni, nawet ponad tydzień. Wziąwszy pod uwagę, że ostatnio mam bardzo niewiele wolnego czasu, jest to rozwiązanie idealne. 
Poza tym bardzo lubię lakiery Sophin Gellac za konsystencję i szybkie wysychanie. Jedyne z czym trzeba uważać, to przy nakładaniu drugiej warstwy musimy działać sprawnie, bo inaczej pierwsza warstwa zaczyna się rozmazywać i powstają dziury.


Co do zdobienia, to na żywo wyglądało dużo lepiej niż na zdjęciach i bardzo dobrze mi się je nosiło. Na zdjęciach widać wszystkie niedoróbki, nie do końca odbite wzorki, nie widać za to, że przy skórkach był mocno rozbielony róż - urok zdjęć z lampą. Na szczęście jesteśmy po zmianie czasu i teraz coraz dłużej będzie jasno :)


Wzór w róże pochodzi z płytki B.02 flower power, a czarny lakier do stempli to mój ukochany B. a Dark Knight. A tak na marginesie, to widziałyście najnowszą płytkę B. 06 classy and chic? <3 cuuuudo! :)

Mam nadzieję, że mimo niedociągnięć nie jest takie najgorsze. Zastanawiałam się czy je opublikować, z powodu niezbyt dobrych zdjęć, ale gdy je nosiłam, to tak mi się podobało, że byłoby szkoda je zmarnować w czeluściach dysku :)



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...